„Spectre” to najnowsza część przygód agenta 007. Zaczyna się podczas Święta Zmarłych w Meksyku. Pierwsze sceny od razu skojarzyły mi się z „Żyj i pozwól umrzeć”, czyli z moją ulubioną częścią starych Bondów sprzed czasów Daniela Craiga. Niestety jest to jednak jedyne nawiązanie. Nie chcę spoilować, dlatego też nie będę streszczała całej fabuły filmu. Napiszę jedynie, że jest tu bardzo dużo nawiązań do poprzednich części serii, w których wystąpił Craig.

 

 

Wiele osób zarzuca „Spectre”, że jest przewidywalny, nierealny i nielogiczny. Owszem, chwilami tak jest. Lecz pamiętajmy, że są to całkowicie fikcyjne przygody wymyślonego agenta. Nie jest to film oparty na faktach i realnym świecie. James Bond ma być super bohaterem, ma mieć super gadżety, które po prostu mają być super, nawet gdy ich działanie i sposób użycia całkowicie przeczy prawom fizyki, ma mieć super samochód (w tej roli od jakiegoś czasu Aston Martin) oraz super zegarek (od zawsze jest to Omega). Tak! Wszystko ma być po prostu super! A do tego akcja, wybuchy, piękne kobiety, wątek miłosny oraz trochę specyficznego dla Bonda humoru. I to wszystko „Spectre” oferuje.

 

 

Uważam, że „Spectre” nie jest najlepszym Bondem. Nic nie przebije „Casino Royale” z serii filmów z Danielem Craigiem oraz starego „Żyj i pozwól umrzeć” z Rogerem Moorem. Lecz jednak uważam, że najnowsza odsłona agenta 007 plasuje się tuż za nimi, na trzecim miejscu i bardzo mi się podobała.
Na koniec dodam jeszcze tylko, że najnowszego Jamesa Bonda warto obejrzeć w kinie Imax. Film nie był wprawdzie kręcony w 3D, lecz na wielkim ekranie wygląda znacznie lepiej niż w standardowej sali kinowej.

Podoba Ci się ten wpis? Udostępnij go!